adresy spółdzielni prezentacje spółdzielni przetargi ogłoszenia drobne
 
Powitanie domu Od biskupina do miast ogrodów Między rokiem 1918 a 1939 Dwie drogi Osiedle wzór Kongres mieszkaniowy Z gruzów powstałe... Na rozdrożu 1956—1989 Ku przyszłości Spółdzielcze marzenia Kalendarium Portrety Bibliografia Stopka
Ważne adresy
Prawo i ekonomia
Na rozdrożu 1956—1989

Na rozdrożu 1956—1989

"Węzeł gordyjski" nasilającego się braku mieszkań domagał się przecięcia. Chaos w polityce mieszkaniowej mógł jedynie pogłębić istniejącą zapaść.

Jesienią 1956 r. Komitet Centralny PZPR sformułował podstawowe założenia "nowej polityki mieszkaniowej". Rozwinięto je w konkrety w październiku 1957. Wówczas to na X Plenum Komitetu Centralnego jego I sekretarz Władysław Gomułka oświadczył:

"... Chodzi o to, aby wzrost realny dochodów ludności nie był w całości przeznaczony tylko na konsumpcję, lecz także częściowo na inwestycje w budownictwie mieszkaniowym. Gdyby tylko trzecią część tej sumy, jaką wydaje ludność na wódkę, przeznaczać stale, rokrocznie na budowę własnych mieszkań – sprawa rozwiązania trudności mieszkaniowych ruszyłaby szybko naprzód.
(...) państwo nie jest w stanie pokonać trudności mieszkaniowych własnym wysiłkiem. Nie ma też bliskiej perspektywy na to, aby państwo bez pomocy obywateli mogło samo rozwiązać problem trudności mieszkaniowych. Rokrocznie przybywa nam ponad pół miliona ludzi, dla których trzeba mieszkań, rokrocznie następuje naturalny ubytek mieszkań, który trzeba uzupełniać nowym budownictwem.
(...) ani dziś, ani jutro, ani za rok, ani za pięć lat państwo nie będzie mogło wybudować za fundusze państwowe takiej ilości mieszkań, jaka jest niezbędna dla robotników i pracowników umysłowych. Aby zwiększyć budownictwo mieszkaniowe w najbliższym czasie do rozmiarów określonych potrzebami robotników i pracowników umysłowych, państwo musi sięgnąć po ich własną pomoc..."

A więc już nie odgórne zabieranie mieszkań spółdzielczych i wpychanie ich w tryby publicznej gospodarki lokalami? Już nie mieszkania budowane przez państwo i oddawane za groszowe, symboliczne czynsze.
Ten wariant okazał się drogą donikąd, w dodatku niszczącą zdrowe inicjatywy spółdzielcze. Sytuacja wyglądała rzeczywiście kiepsko. Według danych GUS-u w końcu roku 1949 w miastach żyło 8 920 tysięcy osób. Pod koniec roku 1955 było ich już 12 067 tysięcy. Tymczasem przybyło zaledwie 817,8 tysięcy nowych izb.

Na przełomie lat 1955/1956 do Komisji Mieszkaniowej Naczelnej Rady Spółdzielczej włączono przedstawicieli spółdzielczości budowlano-mieszkaniowej.
Komisja zwołała I Krajowy Zjazd Delegatów Spółdzielni Mieszkaniowych. Odbył się on 28—29 grudnia 1956 r. w auli Uniwersytetu Warszawskiego. Przybyło 340 delegatów. Zjazd powołał Związek Spółdzielni Mieszkaniowych oraz przyjął jego status. Wybrano też Radę Nadzorczą pod przewodnictwem Jana Urbana oraz zarząd Związku. Przewodniczącym został Marian Nowicki.

Uchwała przyjęta przez Zjazd podkreśla, że państwo, dążąc do zniszczenia spółdzielczości mieszkaniowej drogą zagrabienia jej majątku, tym samym zanegowało podstawowe idee spółdzielcze. Dlatego też silnie wybija się w niej wątek gospodarczej samodzielności i niezależności spółdzielni od rad narodowych i komitetów blokowych.

Znaczenie Uchwały dla przyszłych spółdzielni mieszkaniowych trudno ocenić w sposób jednoznaczny. Najbliższą prawdy wydaje się opinia cytowanego tu wcześniej badacza problematyki spółdzielczej Andrzeja Maliszewskiego, który stwierdził:

"Twórcy tej uchwały nie przewidzieli – i nie mogli przewidzieć – że państwo "skaże" spółdzielczość na monopolistyczną pozycję, zostawiając samą z problemem rozwiązania kwestii mieszkaniowej w Polsce.
Oczywiste bowiem było dla działaczy spółdzielczych, że spółdzielczość mieszkaniowa działać będzie obok sektora państwowego i prywatnego, współuczestniczących w rozwiązywaniu tego problemu. Dlatego projektując cały zwarty system organizacyjno-ekonomiczny delegaci chcieli nadać spółdzielczości mieszkaniowej odrębne funkcje, niż miały w tym zakresie instytucje państwowe. Proponowali oni stworzenie własnej organizacji kredytowej i inwestycyjnej.
Miały to być takie instytucje jak: Spółdzielczy Fundusz Budowlany, Bank Spółdzielczy i Społeczne Przedsiębiorstwo Budowlane. Słabością proponowanych rozwiązań było wiązanie rozwoju spółdzielczości mieszkaniowej z istniejącym systemem gospodarczym państwa. Jest rzeczą charakterystyczną, że np. przez cały czas zajmowano się relacjami państwo-spółdzielczość, a pomijano relacje spółdzielczość-społeczność lokalna (miasto). Delegaci świadomie lub nieświadomie uznali dwusektorowość gospodarki uspołecznionej (państwo-spółdzielczość) jako podstawę ustrojową państwa.
Równocześnie chcąc dla spółdzielczości wywalczyć te same prawa, którymi dysponował sektor państwowy, pomijali milczeniem proces mechanizmów ekonomicznych, którymi rządziła się cała gospodarka państwa. Jest rzeczą znamienną, że domagają się "uprzywilejowania" spółdzielczości, a nie zrównania szans ekonomicznych wszystkich podmiotów gospodarczych (np. tych samych cen na materiały budowlane...)".

To dążenie do "uprzywilejowania" w rzeczywistości nie do końca wyszło spółdzielcom na dobre. Owszem, zostały "uprzywilejowane", lecz w sposób zgoła odmienny. W marcu 1957 r. Rada Ministrów wydała Uchwałę nr 81 w sprawie pomocy państwa dla budownictwa mieszkaniowego ze środków własnych ludności.
Uchwała nr 81 stała w rozbieżności z celami uchwały zjazdowej. Spółdzielcy, jeśli w tym momencie zabrakło im zdolności do przewidzenia "postępków" rządu, chcieli gospodarkę spółdzielni zgrabnie skoordynować z gospodarką państwa.
Natomiast zamiarem rządu (czemu dał on wyraz w Uchwale nr 81) było podporządkowanie spółdzielni celom polityki państwowej.

Według założeń rządowych spółdzielnie powinny swoją działalność traktować "ogólnospołecznie", a nie dbać – co wynika z samej zasady, z definicji spółdzielczości – tylko o interesy dobrowolnie zrzeszających się członków.

Państwo poniekąd umyło ręce od odpowiedzialności za stan "mieszkalnictwa" przerzucając ją na barki spółdzielni, ale równocześnie uzależniając sektor spółdzielczy od "widzimisię" organów władzy – poszczególnych rad narodowych.
One to bowiem otrzymały prawo wydawania decyzji o kredytach, przydziałach materiałów budowlanych itp. Stworzono tym samym niebezpieczne źródło manipulowania dobrem spółdzielczym ("my przydzielimy wam kredyt i materiały, ale wy dacie nam w zamian tyle mieszkań z puli spółdzielczej, ilu my zażądamy").

Mając taką możliwość dowolnej manipulacji dobrem spółdzielczym, rozmaici decydenci różnych szczebli nie zawracali sobie głowy zasadami, którymi musiała – a przynajmniej powinna – kierować się spółdzielczość.
A przecież głównym jej zadaniem miała być troska o swoich członków, którzy oszczędzali i gromadzili pieniądze – byle wreszcie uzyskać własne lokum. Pieniędzmi tymi obracano, lecz oczekujący na mieszkania nie mieli gwarancji, że otrzymają je w określonych granicach czasowych, np. dwóch, pięciu czy dziesięciu lat.

Odgórne "wyszarpywanie" mieszkań spółdzielniom powodowało, że kolejki wydłużały się w nieskończoność, terminy otrzymania mieszkań oddalały się nawet do kilkunastu lat. A gdy już członek spółdzielni doczekiwał się realizacji umowy, musiał za nowe mieszkanie płacić czynsz o wiele wyższy, niż ten, jakim były obciążone tzw. mieszkania kwaterunkowe, gdzie ciągle obowiązywały niemal groszowe opłaty.

Zasadniczą reformę czynszów rozpoczęto dopiero po 1 października 1965 roku. Dotąd użytkownik "państwowego" mieszkania płacił za 1 metr powierzchni użytkowej 0,77, mimo że koszt eksploatacji sięgał 4,19 zł ! Był to oczywisty absurd. Od chwili reformy opłat użytkownik musiał pokrywać pełne koszty eksploatacji, choć nadal dotowano remonty kapitalne. W spółdzielniach mieszkaniowych za owe remonty płacili użytkownicy.

Postulaty działaczy spółdzielczych zgłaszane podczas I Zjazdu Delegatów (grudzień 1956 r.) częściowo doczekały się realizacji w okresie dwóch kolejnych lat. Ważną sprawą było wyłączenie - nareszcie – spod publicznej, a więc grabieżczej, gospodarki lokalami domów jednorodzinnych oraz lokali w domach spółdzielczych (Ustawa z 28 maja), a także przywrócenie do życia Społecznego Przedsiębiorstwa Budowlanego. Spółdzielczość uzyskała też niskooprocentowane kredyty, co dało jej możliwość szybkiego rozwoju.

W roku 1958 stworzono miejskie i powiatowe fundusze mieszkaniowe zasilane dotacjami państwowymi oraz powołano tzw. zakładowe fundusze mieszkaniowe przeznaczane na budowę zakładowych domów mieszkalnych i kredytowanie budownictwa spółdzielczego (tzw. pożyczki mieszkaniowe).

Ale czy przy tym wszystkim spółdzielczość nadal pozostała "tą spółdzielczością", której przyświecała idea dobrowolnego, otwartego członkostwa?
Pytanie to niełatwe w sytuacji, gdy do mieszkania wiodła właściwie tylko jedna droga - spółdzielnia mieszkaniowa. Spółdzielczość stała się więc "narzędziem" do wypełniania luk w polityce mieszkaniowej państwa.
Była ona "słowem-wytrychem" dla władz, gdy sytuacja lokalowa ludności pogarszała się, winę zrzucano na "złe funkcjonowanie spółdzielczości mieszkaniowej".

Istniały też i inne formy budownictwa, lecz ich odpowiedzialność za "stan mieszkalnictwa" była nieporównywalna z tą, którą obciążano spółdzielczość. Było budownictwo państwowe – gdzie inwestorem pozostawały rady narodowe , zakładowe – gdzie inwestorem był określony zakład pracy lub zrzeszenie oraz spółdzielcze – gdzie inwestorami byli członkowie zrzeszeni w spółdzielniach.
Prócz tego istniało budownictwo prywatne, mocno jednak ograniczane chociażby poprzez utrudniony dostęp do materiałów budowlanych, surowe normy architektoniczne, kłopoty z uzyskaniem rozmaitych zezwoleń.

W latach 1956—1958 nadawano spółdzielczości mieszkaniowej nowy "kierunek ruchu". Stała się ona częścią państwowej polityki mieszkaniowej, pełniąc nie tylko (uznawane za czysto spółdzielcze) funkcje ekonomiczne, społeczne, ale i polityczne.
W okresie 1959—1965 organizacje spółdzielcze rozrastały się żywiołowo, co wynikało z założeń, że spółdzielnie mieszkaniowe powinny istnieć wszędzie, w każdym niemal zakątku kraju – w miastach, miasteczkach i na wsiach.
Zmieniła się też zasada członkostwa. To "inne" myślenie wyziera dokładnie z Uchwały II Krajowego Zjazdu Delegatów Spółdzielni Mieszkaniowych zwołanego 25—26 kwietnia 1965 roku. Czytamy w niej, że "przyszli członkowie powinni być kierowani do spółdzielni w zasadzie przez związki zawodowe i zakłady pracy. Należy zwrócić uwagę na przybywanie pracowników fizycznych, których uczestnictwo w budownictwie spółdzielczym w roku 1965 powinno osiągnąć 40 procent ogółu członków...". "Powinni być kierowani...".
Pozostawmy to bez komentarza. Nawet stare, doświadczone i zaprawione w bojach spółdzielnie, jak chociażby WSM, wprowadziły do swoich statutów zasadę pośrednictwa zakładów pracy i związków zawodowych w rekrutacji nowych członków.

Co to oznaczało? Odpowiedź wydaje się prosta: ostateczny koniec epoki całkowitej dobrowolności członkostwa. Spółdzielczość umasowiono. Wprowadzono też inne nowości związane już z samymi mieszkaniami, ich planowaniem i wielkością.

Według założeń wspomnianego Zjazdu "w najważniejszym siedmioleciu należy dążyć do budowy możliwie największej ilości samodzielnych mieszkań małych.

Przeciętna powierzchnia mieszkania nie powinna przekroczyć:
a) w spółdzielniach lokatorskich 50 m2
b) w pozostałych typach spółdzielni 65 m2
maksymalna powierzchnia mieszkania finansowana przez państwo nie może przekroczyć 85 m2...".

Zdegradowano też znaczenie członkostwa w spółdzielni. Teraz już nie tylko wkład, nie długość oczekiwania miały wpływ na otrzymanie mieszkania. Liczyło się także to, gdzie kto pracuje. Jeśli była to instytucja ważna, a na dodatek silnie powiązana z władzą, zatrudnieni w niej mogli liczyć na przydział lokum poza kolejką. Nie były to przypadki odosobnione – to była reguła! Do niektórych zakładów pracy szło się tylko dlatego, by – mówiąc potocznie – "załapać się na mieszkanie". Wydłużało to bez końca normalną kolejkę spółdzielców.

Rząd i partia – jakby nie widząc owych paradoksów – snuły mrzonki, zakładając np. taki rozwój budownictwa spółdzielczego, "aby jego udział w ogólnej liczbie budowanych izb mieszkalnych typu miejskiego zwiększył się z ponad 20 procent w 1965 roku do 60 procent w roku 1970..."!

Ale nie był to koniec "reformowania" spółdzielczości mieszkaniowej. Rok 1962 przyniósł zarządzenie Prezesa Rady Ministrów wprowadzające tzw. budownictwo oszczędne. Zakładano, że już za trzy lata w tym systemie winno być budowanych 40 procent mieszkań. Tak pojawiła się na rynku mieszkaniowym "zmora" maluteńkich mieszkanek, zwanych do dziś "gomułkowskimi", i do dziś zasiedlonych. Powstają całe osiedla złożone z ciasnych dziupli, gdzie nie sposób było normalnie egzystować.

Do zarządzenia musiał dostosować się również CZ SBM. W miesiąc po decyzji Prezesa Rady Ministrów zwołano aktyw spółdzielczy na naradę w sprawie realizacji rządowego zalecenia.
Przedstawiono wówczas, już w szczegółach, projekt mieszkania "nowej generacji" wskazując, gdzie tkwią możliwości oszczędnościowe. Dotyczą one już nie tylko metrażu, ale i wyposażenia lokali.
Powstają mieszkania kilkunastometrowe z wnękami zamiast kuchni, z mini-łazienkami i wąziutkimi, malutkimi przedpokojami. W miejsce klepki pojawia się tania podłoga z tworzyw sztucznych, płyt pilśniowych, mini-łazieneczki ze znacznie skróconą wanną, często bez umywalek i miejsca choćby na małą szafkę.

Projekty te budziły opór części działaczy wskazujących, że oszczędności trzeba szukać głównie w gospodarce przedsiębiorstw budujących osiedla, którym zależało, by ich "wyrób" był jak najdroższy.
Wiele spółdzielni nie przystąpiło do realizacji zarządzenia z 1962 roku. Ale znalazł się bicz również na tych upartych. 22 maja 1965 Rada Ministrów wydała Uchwałę nr 122 zmuszającą spółdzielczość do przyjęcia zasad budownictwa oszczędnego. Wprowadziła też rozgraniczenie na budownictwo o standardzie podstawowym i wyższym.
Przy pierwszym można było liczyć na wyższy kredyt bankowy, sięgający 85 procent kosztów. Przy drugim kredyt był niższy i zależał od wielkości miasta i lokalizacji budynków (od 78 do 82 procent). Okres spłaty kredytu zaciągniętego na budownictwo podstawowe rozciągnięto na 60 lat, zaś na budownictwo o standardzie wyższym tylko na 45.
Dotyczyło to spółdzielni mieszkaniowych, bo już spółdzielnie budowlano-mieszkaniowe mogły zaciągnąć kredyt: przy standardzie podstawowym – tylko 60 procent, a przy wyższy – 50 procent. Nie podajemy tych liczb bez powodu. Unaoczniają one bowiem zasadnicze przyczyny wyboru przez spółdzielnie takiej a nie innej drogi rozwojowej. Wystarczyły "manipulacje państwową sakiewką", bez której wiele spółdzielni nie byłoby w stanie przetrwać.

Inną "propozycją nie do odrzucenia" było wprowadzenie przez sławetną Uchwałę nr 122 instytucji kandydata na członka spółdzielni. Pomijamy już kwestię wtrącania się w to, czym i jakie powinny być spółdzielnie (podobno wolne, samorządne i nieprzymusowe). Równie istotna była sprawa całkowitego już sparaliżowania samorządności spółdzielni, którym wyjęto z rąk nawet decyzje dotyczące członków. Trudno powiedzieć, co tu było gorsze – czy przymusowe wprowadzenie programu oszczędnościowego, czy rozbicie spółdzielczej idei samorządności.
Opinie na ten temat są podzielone. Ale nie zapominajmy, że domy wznosi się szybciej, niż trwa budowa idei, które – jeśli runą w gruzy – niezwykle trudno odbudować.

"Oszczędne" mieszkania, małe i źle wyposażone, nie przyjęły się na rynku, obumierając właściwie śmiercią naturalną, bowiem członkowie spółdzielni woleli "zacisnąć pasa", byle uniknąć życia w koszmarnych "dziuplach" – takim mianem potocznie je określano. Ale i tak ta forma budowania wygasła całkowicie dopiero po kilkunastu latach.

Ilość członków spółdzielni bezustannie się powiększała. Lawinowy narost oddają najlepiej liczby dotyczące okresu 1956—1985 i dalej. Otóż w końcówce roku 1956 spółdzielnie gromadziły 35,2 tysiąca osób.
W roku 1965 było ich 332 tysiące, w 1970 roku – już milion. Zmienia się też podział ilościowy, zależnie od typu spółdzielni. Po początkowym wzroście ilości członków w spółdzielniach budowlano-mieszkaniowych i administracyjno-mieszkaniowych, w roku 1970 już 95 procent wszystkich czekających na własne lokum to osoby związane ze spółdzielczością lokatorską i własnościową. Rok 1987 zamknął się liczbą 3,3 mln oczekujących!

Pętla na "szyi" spółdzielczości mieszkaniowej zaczęła się zaciskać coraz mocniej szczególnie w latach siedemdziesiątych. Czas oczekiwania na przydział wydłużył się o... całe pokolenie, bowiem praktycznie większa część członków mogła liczyć na mieszkanie po 15 a nawet ponad 20 latach.
Tylko spółdzielcza droga do mieszkania – idea, którą wielu się zachwycało – przyniosła w rezultacie efekty odmienne od oczekiwanych. I choć liczba spółdzielni w latach 1957—1965 wzrosła z 297 do 1 134 (utrzymując się na podobnym poziomie do roku 1980), jednak nie były one w stanie sprostać potrzebom rosnącym wręcz lawinowo, o czym wspomnieliśmy już wcześniej.

W latach 1970—1989 oddawano do użytku średniorocznie około 95 tysięcy mieszkań, zaś napływ członków sięgał około 120 tysięcy. W roku 1986 niedobór mieszkań oceniano na około 1 do 1,2 mln, z czego około trzy czwarte przypadało na miasta. Przez cały ten czas wśród oczekujących przeważały młode małżeństwa (do 35 roku życia). Według danych GUS-u z roku 1988 samodzielnie gospodarowało tylko 42 procent młodych rodzin w miastach i 30 procent na wsiach.

Mimo zmian wewnętrznych w strukturach spółdzielczości mieszkaniowej – prowadzących ku lepszym rozwiązaniom – w latach 80. i 90. deficyt mieszkań narastał. Między spisami powszechnymi z roku 1988 i 1995 podskoczył on z 1,2 mln do 1,4 mln osób. Powody? Dla spółdzielców były one dość oczywiste. Sięgały jeszcze lat 70. Zacytujmy tu ocenę przedstawioną przez badacza zagadnienia Jerzego Zaparta w pracy pt. Polityka mieszkaniowa w Polsce (wydanej przez Akademię Ekonomiczną we Wrocławiu w 1999 r.).

"Przechył w polityce mieszkaniowej w stronę zaspokajania potrzeb mieszkaniowych przez spółdzielcze budownictwo wielorodzinne był coraz większy. Liczba członków i kandydatów pełnoletnich z pełnym wkładem mieszkaniowym, wynosząca w 1987 r. – łącznie 1,75 mln osób, stanowiła równoważność 20-letnich rozmiarów budownictwa spółdzielczego tego roku.
Rozmiary niezaspokojonych potrzeb związanych z budownictwem spółdzielczym, beznadziejnie długi okres oczekiwania w spółdzielczej kolejce – to były skutki dysproporcji pomiędzy rozbudzonymi aspiracjami społecznymi poprawy warunków mieszkaniowych a nie wykazującym podobnej dynamiki wzrostem spółdzielczego budownictwa mieszkaniowego. Poważny wpływ na coraz odleglejszą perspektywę uzyskania spółdzielczego mieszkania miała szkodliwa praktyka terenowych władz administracyjnych i partyjnych polegająca na ingerencji w zasady rozdziału mieszkań spółdzielczych. Potrzebę ominięcia kolejki spółdzielczej motywowano niezbędnością niektórych osób dla gospodarki, unikalnymi kwalifikacjami, różnego rodzaju zasługami itp".

Były to już zjawiska masowe, jakże zabójcze dla spółdzielczości mieszkaniowej! Znów nam tu pomogą "zimne" liczby. W samym tylko (najgorszym pod tym względem) roku 1980 zaledwie 39,2 procent mieszkań oddanych przez spółdzielnie przypadło ich członkom wyczekującym od lat w kolejce.
Resztę – mówiąc obrazowo –przywłaszczyły sobie (aż 32,2%) zakłady pracy dla swych "absolutnie niezbędnych, znakomitych fachowców", 18,8 procent zagarnęły organy administracji państwowej. Do roku 1989 tak właśnie znikało ze spółdzielczych zasobów średnio po 20 procent mieszkań. Trudno te fakty komentować !!!

Pozytywnym elementem zmian spółdzielczości lat 80. – mimo nadal istniejącej dużej zależności od globalnej, państwowej polityki mieszkaniowej – był podział dużych spółdzielni na mniejsze oraz powolne (na razie) tworzenie się nowych. W końcu lat 80. było już blisko 3 100 spółdzielni, a więc niemal trzykrotnie więcej niż przed 15 laty.

Nie uchroniło to jednak spółdzielczości od kryzysu. Narastał on od roku 1980, gdy liczba mieszkań oddanych przez wszystkie sektory spadła o blisko 60 tysięcy w stosunku do roku poprzedniego. Ów spadek objął również sektor spółdzielczy.
Wzrost zanotowano jedynie w budownictwie indywidualnym, prywatnym. W roku 1990 na 338,4 tysięcy mieszkań ogółem aż dwie trzecie wznoszono prywatnie.
Świadczy to dość wymownie o zmianie spojrzenia na sposób pozyskiwania własnych mieszkań. Droga poprzez spółdzielnie nadal była za długa, znikała też możliwość otrzymania lokum komunalnego, bowiem tzw. budownictwo komunalne skurczyło się z 37,9 procent do 0,4 procent (!) w roku 1982.


...powrót do spisu treści

wyszukaj w serwisie
8 marca 1964 rok - WSM
z uroczystości położenia kamienia węgielnego Osiedla Okęcie Pole. Przy makiecie osiedla główny projektant prof. B. Brukalska i Prezes Rady WSM p. Gajewski
spacer ulicami osiedla WSM
Pokazy sportowe – WSM
Kuchnia – wnętrze domu Osiedle Wola 1966 rok (WSM)
Zuchowe Święto Osiedla SM Siercp 1980 rok
Ozdabianie osiedlowych bloków – Rawicz
Wmurowywanie kamienia węgielnego WSM -1946 rok
foto: WSM
Żoliborz ul. Stołeczna (WSM)
Stanisław Szwalbe (WSM)
Na osiedlu (WSM)
foto WSM
Okęcie wyścig kolarski 1963 rok WSM
Żłobek WSM Mokotów 1961 rok
Pani Belz z 9 klatki na tle nagrodzonego budynku i dziedzińcu – Żoliborz 1965 (WSM)
Zebranie członków WSM
Czyn spoleczny – plac Mikołajewicza 78—79 rok (Rawicz)
Zawody modeli latających (WSM)
Na tropach wiosny. Rajd - 79 rok(Rawicz)
Zuchy – na tropach wiosny 1980 r. (Sierpc)
Dzieci jadą na swój pierwszy obóz 1979 r. (Rawicz)
.
RSS
 RSS
© manufaktura